Dlaczego „Grzybowska”?

Dlaczego „Grzybowska”?

Skąd ten pomysł, by się zająć przeszłością tego akurat miejsca? Bo tu mieszka moja mama. W innych miejscach na świecie moja mama nie mieszka. A tu owszem. I tylko dlatego właśnie tu stanęłam pewnego dnia, by zamyślić się nad tym, co da się opowiedzieć o minionych dziejach tego miejsca. Bo przecież – pomyślałam – ten skrawek ziemi zadeptany jest pospiesznymi krokami tysięcy ludzkich istnień, starających się niegdyś, jak my dziś, nadać sens swemu życiu i poddanych przez los różnym próbom. Stojąc więc na dzisiejszej Grzybowskiej, zaczęłam przecierać oczy z tej zadowolonej z siebie nowoczesności i patrząc na to, co jest, postanowiłam zobaczyć więcej, niż widać, żeby przeniknąć do podstaw, do fundamentów, chciałoby się rzec, do korzeni. Bo to, co widać, ta starsza czy nowsza nowoczesność, jest jak wiosna u Brunona Schulza, czyli cykliczna odnowa świata, która „rośnie na historiach”. /…/

A więc zdecydowałam zapytać, „na czym rośnie” wybudowana w końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia „Grzybowska 6/10”. I jak bohater Schulza pochyliłam się nad Księgą, czyli różnymi szpargałami, w których miałam nadzieję znaleźć jakieś wieści o domu, który stał tu wcześniej (o ile stał) i o ludziach, dla których był schronieniem /…/ Miałam przed sobą różne rozrzucone karty. Pierwszą z nich była moja ulubiona lektura – „Książka Telefoniczna 1939/40” /…/. Książka ta jest bowiem jednym z ostatnich zapisków przed końcem świata starej Warszawy. To niekończący się zbiór imion, adresów, informacji biznesowych, monotonny i złowróżbny, jako że wiele nazwisk pojawia się tu po raz ostatni /…/. Beatus Chajke (skład esencji octowej),  Engelstein Michał, Flaksbaum A.B. (artykuły mydlarskie), Goldberg A., Kahan Abram, Lerel Beniamin Zureck, Parczew Wolf, /…/.

Większość tych nazwisk ma brzmienie żydowskie. A więc byłam w getcie. To znaczy byłam wśród tych, którzy znaleźli się potem w getcie /…/ A to oznaczało, że znalazłam się w świecie, który został unicestwiony, uzyskanie więc wiedzy o nim może się okazać niemożliwe. Trwa wprawdzie gorączkowa praca rzeszy ludzi, by wydobyć z niebytu jakieś ślady po domach, po ludziach, po dokumentach, ale to wszystko drobne skrawki. Tak więc te imiona i nazwiska, które właśnie pozyskałam, mogą być wszystkim, co można znaleźć.


Pomimo starań przez dłuższy czas nie potrafiłam stworzyć jego portretu, ciągle składał się on głównie z domniemań, przyczynków, śladów i literackich przybliżeń. Żadnej fotografii, która pozwoliłaby spojrzeć Salomonowi Graffowi w oczy i uwierzyć na dobre w jego minione istnienie. I tak to już mogło zostać, a wtedy ta opowieść nie rozpocząwszy się jeszcze musiałaby się w tym miejscu zakończyć. Wszak o innych imionach związanych z tym miejscem wiedziałam jeszcze mniej /…/

Zwrot akcji nastąpił, gdy Anna Przybyszewska z Działu Genealogii Żydowskiego Instytutu Historycznego umożliwiła mi dostęp do kartoteki Instytutu Yad Vashem, gdzie zgromadzona jest wiedza o ofiarach Holocaustu zgłoszonych przez świadków tamtych zdarzeń /…/  I znalazł się tu skan odręcznie wypełnionego kwestionariusza dotyczącego Salomona Graffa. Data urodzenia i śmierci była zgodna z wcześniejszą moją wiedzą. Ulica Grzybowska też się zgadzała (choć numer był inny). Nie ulegało wątpliwości, że to ten Salomon. Co więcej były tu też kwestionariusze dotyczące jego najbliższej rodziny: żony Gustawa i dwóch synów – Juliana oraz Pawła. Znów niewiele tego, ale zza wizerunku Graffa – przedsiębiorcy, czy obywatela, wyłaniać się zaczął po prostu obraz człowieka i jego losu. Tragicznego w finale /…/

Ale było tu coś jeszcze – imię i nazwisko tego, kto o tych śmierciach zaświadczył. Podpis „Jurek Yehuda Glass”. A więc ktoś, kto ich znał i o nich pamiętał, skoro zdecydował się powiadomić o tym Yad Vashem. Wpis dokonany w 2003 roku! Obok – izraelski adres oraz telefon! /…/

I to było odkrycie, które zrewolucjonizowało całą opowieść, nadając jej już nieuchronny bieg. Bo oto los zetknął mnie z Jurkiem Yehudą Glassem. Choć przecież mogło do tego nie dojść, lata lecą… choć mógł lub chciał nie pamiętać… choć mógł zapomnieć języka polskiego (bez tego zaś nasz kontakt byłby niemożliwy) lub choćby tylko mógł nie mieć komputera. Gdyby zaś nie on, nie byłoby potwierdzenia wszystkich wcześniejszych informacji, a Grzybowska 6/10 nie uzyskałaby tak solidnych symbolicznych fundamentów. A stało się to dzięki umarłym. To oni nas połączyli. Gdyby Jurek nie zdecydował się na złożenie świadectwa o swych bliskich w Yad Vashem, ja nie trafiłabym tam na informacje o nich i nie odnalazłabym świadka. W tych seansach spirytystycznych, jakie sobie fundujemy, zaglądając w przeszłość, czasami to umarli „wywołują żywych”.


Nic tu nie przypomina przeszłości. Jedno tylko zgadza się ze starym Singerowskim opisem – gdy patrzeć od strony ulicy Grzybowskiej na plac Grzybowski, księżyc tak jak dawniej wyłania się znad wież kościoła Wszystkich Świętych /…/ Wszystko jednak poza tym staroświeckim księżycem to w tych okolicach zajęta sobą i zadowolona z siebie nowoczesność, której ani w głowie roztrząsać minione dzieje. Ja zresztą do niedawna byłam jej cząstką, zanurzoną bez reszty w teraźniejszości /…/ Aż postanowiłam zobaczyć więcej niż widać i rozdrapać tę fasadę współczesności, w poszukiwaniu szczelin, które nadadzą temu obrazowi głębi. I wpadłam w otchłań /…/

I stałam się podobna kobiecie-medium z „Szumowin” Singera, która w tych okolicach, gdzieś na Grzybowskiej czy Krochmalnej wywoływała duchy. „Duchy istnieją.- twierdziła tamta – Gdzie? – Wszędzie. – Pani je widziała? – Tysiące razy. – Jak one wyglądają? – Och, wolałabym nie wdawać się w tego rodzaju rozmowę. Nie wyglądają jak umarli, wyglądają jak żywi. Umarłych nie ma. – Kogo się grzebie na cmentarzu? – Kawałki gliny”.

Ja nie widuję duchów, jak tamta kobieta-medium, ale w nie wierzę. Sporo przebywam wśród nieobecnych, nie mogę więc nie wierzyć w ich obecność. Moją wiarą jest pamięć i ćwiczenia z wyobraźni, których dokonuję, gdy myślę o nich. I gdyby mnie, jak tamtą zapytał niedowiarek: „Czy pani wierzy, że umarli żyją? odparłabym jak ona: – Albo umarli żyją, albo żywi są umarłymi”. Bo jeśli ich nie ma w naszej pamięci, to i nasze życie też na pamięć nie zasłuży, jakby nas już nie było. A domy, które sobie budujemy – my jeszcze żywi – to grobowce.

 


Comments are closed.